We wrześniu, w okolicy Chiang Rai, zorganizowany był wielki event rowerowy. Ponad 300 osób brało udział w rajdzie z okazji „Dnia bez samochodu” i wspólnie przejechało około 50 kilometrów, by móc pokazać, że nie tylko samochodem można się poruszać po mieście ale i też rowerowo.

Niby nic, ale…
Jak by mi ktoś wcześniej powiedział, że w wolną niedzielę muszę wstać przed 5 rano, by potem jechać na rowerze 50 km w deszczu, to nigdy by bym nie uwierzyła…
I że w czasie jazdy, kiedy deszcz lał niemiłosiernie i widziałam tylko kawałek drogi przede mną, a woda i błoto z kałuży oblewała wszystko dookoła… łącznie z moją twarzą, włosami i plecakiem… że po tym wszystkim będę zadowolona i szczęśliwa… Ale wtedy myślałam sobie, za jakie grzechy tu jestem i co ja tu w ogóle robię…

Ale po wszystkim, byłam mega zadowolona i dumna z siebie, że dałam radę. A teraz pisząc ten post, bardzo miło ten dzień wspominam. Wrażenia z rajdu niezapomniane i mnóstwo poznanych przemiłych osób z moich okolic. I mimo, że tylko parę osób mówiło po angielsku, to wszyscy chętnie pomagali, rozmawiali i można było się poczuć jak w jednej wielkiej rodzinie.

Dzień rozpoczął się wspólnym śniadaniem z zupą ryżową i kawą, potem wspólne zdjęcia i rozmowy; to wszystko już od 5 rano, by na spokojnie zarejestrować się przed wyścigiem i mieć czas na śniadanie. Potem rajd 25 kilometrów do mety, która była w jednej ze świątyń.

Po drodze niestety zaczęło się urwanie chmury, ale cóż zrobić…

Ciężko byłoby zawrócić, skoro już pedałuję tyle drogi i wstało się przed świtem.

 

Nie było więc wtedy zmiłuj, trzeba było założyć płaszcz przeciwdeszczowy i dalej w drogę.

Droga miejscami trochę pod górę, więc niekiedy było bardzo ciężko, ale kto jak kto, ale ja dam radę 😛

Droga otoczona przez lokalnych policjantów, ludzie pozdrawiający na ulicy, prawie jak Tour de France 😊. Meta w świątyni Wat Mae Chedi  i tam wspólny lunch dla wszystkich, tajskie specjały na ostro i słodko, do wyboru do koloru. Po lunchu, wszyscy ci, którzy nigdy nie byli, mogli zwiedzić świątynie i pomodlić się za wytrwanie w rajdzie rowerowym. A świątynia swoją drogą bardzo ciekawa.

Wielkie figury Buddy i Mnicha, ale też jakieś dziwne czerwone stwory, potwory, czaszki, kości i diabły. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałam w świątyni.

Po chwili odpoczynku, lunchu i zwiedzania czas było ruszyć w drogę powrotną… tylko 25 kilometrów do celu. Deszcz był trochę mniejszy, więc wracało się całkiem przyjemnie.

Ciekawostką było tutaj, że do tego rajdu większość osób podeszła bardzo profesjonalnie, profesjonalne – górskie rowery, ubranie, buty, sprzęt… Ale jak widać i w normalnych ciapciakach dało radę i meta w świątyni z Buddą została zdobyta 🙂 Gdybym wiedziała, że będzie tak profesjonalnie, to bym przynajmniej założyła adidasy 😊Jedynym minusem po drodze deszcz i czasem błotko… gdyż gdy wróciłam do domu, wszystko było upaprane błotem, nawet moje włosy czy rzeczy w plecaku… ale to wszystko i poranne wstawianie poszło w niepamięć, a bezcenne wrażenia z rajdu zostaną do końca 🙂

Mimo nieznajomości języka, polecam każdemu takie eventy, super sprawa 😊

Jeśli ktoś chce sprawdzić świątynię z potworami, czaszkami i Wielkim Buddą – zapraszam do linku Świątynia na mapie

 

Please follow and like us: